Zagubiona Ula i zwodniczy szlak

Po trzech udanych wypadach zaczęliśmy planować kolejne wyjścia. Pojawiło się kilka propozycji na szybko, a później sporo przemyśleń... gdzie, kiedy i jak. Nie od wczoraj byłam grupowym KO-wcem, wiec przejęłam inicjatywę... KO-wiec to jednak nie Dyktator, kiedy więc po konsultacjach z grupą wybraliśmy Ślężę, to Ula wybrała szlak, którym będziemy szczyt zdobywać.


Nie ukrywam, że wybór był strzałem w dziesiątkę. Na Ślęży byłam bowiem dwa razy, dwa razy podchodząc od Sobótki. Tym razem padło na Przełęcz Tąpadła i szlak pełen skał, skalnych półek i kilku ładnych widoków.

Niestety, komunikacja publiczna nas zawiodła i do punktu wyjścia konieczna była podróż samochodem, ba na dwa samochody. Wędrówkę zaczęliśmy więc od parkingu na przełęczy. Na szczęście samochodów było jeszcze jak na lekarstwo, więc miejsce mogliśmy wybrać, a i zagrożenie, że na szlaku będziemy wąchać zady innych turystów, było żadne. Uff. Najprościej na Ślężę z Przełęczy Tąpadła dostać się żółtym szlakiem i tę drogę wybiera znakomita większość turystów. Z tej okazji my spierdzeliliśmy z szerokiej i popularnej drogi przy pierwszej nadarzajacej się okazji, wchodząc na połączone szlaki: niebieski i zielony. Od tej pory, do samego szczytu trzymaliśmy się niebieskiego oznakowanie (no, chyba że dzięki Joli nie trzymaliśmy się żadnego).

Trasa początkowo wiodła szeroką drogą, praktycznie bez podejść, lekko, łatwo i przyjemnie, Kiedy szlaki się rozeszły, podejść było zdecydowanie więcej. Sukcesywnie pokonywaliśmy kolejne metry wspinając się do góry na sago, by od czasu do czasu przejść kilka kroków płaską i wygodną drogą. W międzyczasie pojawiały się podejścia po skalnych schodach i skalne półki. Wędrówka w takich okolicznościach przyrody robi wrażenie.

Po pokonaniu wszystkich podejść i krótkim popasie myśleliśmy, że to już koniec. A tu ze szczytu dopiero odsłonił się widok na szczyt Ślęży, z kościółkiem i wieżą.... Co zrobisz, nic nie zrobisz. Trzeba było zapierdzielać dalej. Niestety szlak wiódł stromo w dół, znowu skalnymi schodami. Ciut niebezpiecznie, szczególnie dla czterolatka, który dzielenie popierdzielał na swych małych nóżkach. Po zejściu, przejściu kawałek płaską drogą i nadszedł czas na kolejne wspinanie się. I tu gdzieś zagubiła nam się Ula. Oddaliła się w towarzystwie Doroty i zaginęła w ostępach leśnych. Prawie zgubiła szlak, podążając naszym śladem w stronę metalowej wieży widokowej, gdzie rozbiliśmy obóz w oczekiwaniu na towarzyszkę podroży.

Ula się pokazała, a część z nas pokazała odwagę i gibkość ciał, wdrapując się na wieżę (nawet Młody wlazł na pierwszy podest). Drabiniaste wejścia diabelnie wąskie (plecak zdecydowanie przeszkadzał... tak jak moje wielkie dupsko), ale dałam radę. Na szczęście widok ze szczytu był tego wart. Od wieży do samego polany, na której stoi schronisko były już przysłowiowe trzy kroki. Udało się, tu już trzeba było rozbić obóz główny, rozpalić ognisko, posilić się i napoić. Wśród tłumku odnaleźliśmy miejsce dla siebie i ruszyliśmy w poszukaniu drewna... wiadomo, że drwa do lasu się nie nosi, ale w tym przypadku żałowałam, że nie wzięliśmy wiązki z marketu budowlanego. Posucha, czystka... ciemność. Najbardziej ambitna Dorota zapuściła się w ostępy leśne na tyle głęboko, że przytaszczyła sama tyle, co my sieroty razem wzięte.
Ognisko się udało, Młody padł i uciął sobie założoną drzemkę. Po godzinie albo i dwóch (szczęśliwi czasu wszak nie liczą) ruszyliśmy w drogę powrotną, obierając szlak żółty. I faktycznie jest on najbardziej popularny, a to dzięki prostocie i szerokości... mijaliśmy nawet młode matki popychające dziecięce wózki (jak szczęśliwie nasza trasa wejściowa wiodła inną drogą). Zejście było zaiste ekspresowe. Pozostały pożegnania i zapakowanie się w mechaniczne rumaki... no i myślenie o kolejnej wycieczce.

Punktacja GOT: 14
Tąpadła - Skalna: 3
Skalna - Slęża: 9
Ślęża - Tąpadła: 2

Komentarze