poniedziałek, 6 września 2010

Prosta droga w dół

I nastał ostatni karkonoski poranek. Znak zapytania znad Jagniątkowa minął wraz ze sprawdzeniem butów, które nadal były mokre. Pomocna w podjęciu decyzji była tez pogoda. Za oknem było widać niewiele, było mgliście i zapowiadała się rychła mżawka. Trudno, prędzej czy później nasze ścieżki znowu prowadzić będą przez Karkonosze. Wtedy na pewno odwiedzimy i Jagniątków i pożądany przez Camilosa Zamek Chojnik.

Decyzja zapadła. Po zdaniu kluczy i pysznej jajecznicy na śniadanie, zaczęliśmy schodzić prostą drogą do Szklarskiej Poręby. Czerwony szlak prowadził przez Schronisko na Hali Szrenickiej wprost do Wodospadu Kamieńczyka. Droga była w gruncie rzeczy pusta, za nami schodziła para podstarzałych Niemców, która skręciła na Hali w stronę Jakuszyc i Izerów. My zaś ruszyliśmy przed siebie, ciut na dziko, ale bezpośrednio pod samo schronisko. Schronisko na Hali pod Szrenicą jest całkiem stare, jego historia sięga XVIII wieku. Wtedy powstała szopa pasterska nazwana Nową Budą Śląską, z czasem szopę przekształcono w schronisko i tak zaczęła się jego turystyczna kariera. Przed II wojną światową Schronisko na Hali Szrenickiej osiągnęło standard hotelu górskiego i to całkiem luksusowego. Tuż po wojnie, już będące na terenach należących do Polski stała się strażnicą graniczną, by później przejść w ręce PTTK. W latach 70. cała górna część schroniska spłonęła. Przebudowano je trochę (tempo było ekspresowe, bo odbudowa trwała około 4 miesięcy) i tak powstało schronisko w takim kształcie, w jakim oglądamy je dziś. Schronisko na Hali Szrenickiej jest największym w całych Karkonoszach, niestety kiedy dotarliśmy do niego świeciło pustkami, nawet w bufecie żywego ducha nie zastaliśmy. Wbiliśmy więc pieczątki i ruszyliśmy dalej czerwonym szlakiem, który prowadził stromo w dół do Wodospadu Kamieńczyka.


Pożywne śniadanie mistrzów


Schronisko Na Hali Szrenickiej

Przy Kamieńczyku zrobiło się już tłoczny i im niżej i bliżej Szklarskiej Poręby, tym tłumek się zagęszczał. W Centrum miasta byliśmy koło 12, co znaczyło, że mamy jakieś 2 godziny z okładem do pociągu do domu. Czas postanowiliśmy spędzić na uzupełnianiu kalorii (pochłoniecie gigantycznego kebaba) i płynów (dwa dobre, czeskie browary o uroczej nazwie Skalak).


Dowód na Naszą obecność przy Wodospadzie

O tam hen, hen nocowaliśmy


Skalak - mniam, mniam, mniam - obiad miszczóf.

Później stacja Szklarska Poręba Górna, opuszczona, choć nie pusta, zwana przeze mną stacją widmo. Piękny budynek stojący powyżej centrum miasta, będący świadectwem dawnej świetności kolei. Niestety przykro patrzeć, jak piękne miejsce, kiedyś pełne życia, teraz stoi zupełnie puste. Kasy pozamykane, poczekalnia praktycznie żadna, bo pozostała jedynie sporych rozmiarów pusta sala z filarami i piękną posadzką. Cieszy, że przynajmniej szynobusy do Jakuszyc wróciły na trasę.

Ostatni rzut obiektywu na Szklarski akcent.

Trzy godziny jazdy ze sporym okładem i wreszcie mogliśmy oficjalnie zakończyć nasz krótki urlop w górach. Podsumowaniem trzech dni górskich wędrówek jest dobicie przez Clopsa do wymaganej ilości punktów na brązową odznakę GOT, moje obolałe ramiona i kilka setek zdjęć. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz