piątek, 14 stycznia 2011

A miało być tak pięknie...

Miał być kolejny wypad w Beskid. Miał być... Pozbieraliśmy się w sobotni ranek i to mimo przeciwnościom losu. Dzień wcześniej przyjechałam do Clopsa, to raz, a dwa popiłam trochę, co odbiło się na większej potrzebie snu. Do tego, gdy wyszliśmy przed dom okazało się, że siąpi. Mój dzielny Chop uznał jednak, że na pewno się przejaśni i mimo to jedziemy do Wisły.

Plan był w sumie prosty. Ciastka u Janeczki w Wiśle, a później Stożek, może nawet powrót przez Soszów - wszystko miało zależeć od naszych chęci i czasu, trasa więc była edytowalna (oczywiście poza pierwszymi dwoma punktami). Po około godzinie osiągnęliśmy cel - Wisła stała przed nami otworem, niestety spowita chmurami, wietrzna i deszczowa. Niezrażeni zarzuciliśmy plecaki (no dobra Clops zarzucił plecak) i ruszyliśmy w stronę centrum.

Ledwo dotarliśmy do cukierni od razu zajęliśmy miejsca w ciepełku, na stolik zaś wjechały ciastka i kawa. Wszystko było pyszne, okazało się jednak, że "Janeczka" ma sporą cukiernie po drugiej stronie ulicy i to ze zdecydowaniem większym wyborem słodkości. Nie było jednak co narzekać, bo to co chwilę wcześniej spożyliśmy było pyszne i warte wyprawy do Wisły.


Pozostałości po ciastkach


Janeczka II


Rzut okiem w prawo


Rzut okiem w lewo...


A tam Wisła płynie


Po pierwszym punkcie wycieczki jednak zaczęły się schody, Clops zaczął bowiem obstawać przy opcji nie zbaczania z asfaltów i wychodzenia poza obręb miasta. A ja? Cóż... kobieta puch marny, nie mogłam się sprzeciwić, w końcu pogoda naprawdę nie była najlepsza, a ostatnia wyprawa z Równicy na Orłową w strugach deszczu jeszcze żywa była w mej pamięci. Decyzja zapadła - zostajemy i zwiedzimy Wisłę spacerując wzdłuż Wisły. Było miło, choć wiatr i lekki kapuśniak raczej nie odpuszczały.


Niestety nic nowego zobaczyć się nie udało. Wisłę poznałam w takim stopniu w jakim powinnam jakieś dwa lata temu, kiedy byłam tu po raz pierwszy. Ok, może nie do końca, bo tym razem udało mi się poznać te mniej turystyczną część, rogatki poza centrum wypełnionym bazarami, restauracjami, knajpkami. Wdepnęliśmy też do kościoła pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, który znajduje się tuż przy dworcu PKS. Musze przyznać, że wnętrze XIX-wiecznego kościoła zrobiło na mnie spore wrażenie. Widać, że został on zmodernizowany, w XX wieku nadano mu bowiem dużo bardziej nowoczesny wygląd, ale bogactwo w witraże sprawia, że tak czy siak jest piękny.


Było też zabawnie. Maszerując z jednego końca miasteczka na drugi odwiedziliśmy cmentarz leżący na górce, tuż powyżej Wisły (rzeki, nie miasta), jak się dowiedziałam zwany cmentarzem na "Gróniczku". Cmentarz o tyle ciekawy, że na jego terenie znaleźliśmy nagrobek odkrywcy Wisły - Bogumiła Hoffa. Nagrobków ważnych dla Wiślan było sporo, a to nauczyciele społecznicy, a to założyciele zespołów ludowych. Długo by wymieniać i trudno, bo przyznam, że niektóre nazwiska mówiły mi niewiele. Za to jedno powiedziało dużo. Niedaleko nagrobka wspomnianego Hoffa rzuciło mi się w oczy nazwisko Pilch... i co? I głupia Tofka podjarała się jak ostatnia wariatka, że przecież Jerzy Pilch pochodzi z Wisły i to z pewnością jego rodzice lub dziadkowie. Nagrobek opstrykałam wykładając Clopsowi kimże ten Jurek Pilch jest, a później podniosłam głowę i całą podnietę szlag trafił. Okazało się, że Pilch to w Wiśle tak popularne nazwisko jak przysłowiowy Kowalski czy Nowak. Ostatecznie wyszłam na niezłego głupola. Cóż, nikt nie jest doskonały.


Dziękujemy panie Hoff za odkrycie Wisły!


Patrz! Pilch!


I tu też!
Pilchami Wisła stoi. Pilchów jak mrówków mają...


Wycieczka nie do końca udana, ale też i nie całkowita klapa... chyba!


Prof. Stanisław Hadyna (założyciel Zespołu Pieśni i Tańca "Śląsk", patron Wiślańskiego Amfiteatru, w którym grzeje ławę rezerwową.

8 komentarzy:

  1. ja bym poprzestała na ciastkach i kawie - może kiedyś zrobicie wycieczkę wyłącznie po cukierniach? (na diecie jestem, stąd ta fiksacja)

    OdpowiedzUsuń
  2. Spoko :) W planach blog kulinarno-drutowy. Będzie więc i coś w temacie ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. A właśnie fajnie, że wybraliście się mimo przeciwnościom pogodowym. Zawsze to zobaczyliście coś nowego. W Wiśle miałam okazję być raz. I to ładnych pare lat temu. Wtedy nawet nasz najlepszy polski skoczek narciarski stamtąd pochodzący nie był nikomu znany. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Hahahahhaha. Pięknie z tym Pilchem trafiłaś. Cieszyć się tylko, ze mimo wszelkim przeciwnościom daliście radę i zobaczyłaś cokolwiek nowego ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Justyna, czasami jesteśmy walnięci. Wędrowałam już w strugach deszczu i po Beskidzie, i po Karkonoszach. W błocie brodziłam w drodze na Błatnią i na zamki sudeckie w okolicach Wałbrzycha. Trochę bolało, ale wycieczki i tak były wypas :)

    Ma-ruda z Pilchem to mi diabelnie wstyd było, ale cóż... sytuacja dość zabawna. Choć bardzo można było boki zrywać widząc moją ekscytację i późniejsza klapę całkowitą.

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak, wędrowaliśmy w deszczu i wiemy już jakie to mało przyjemne i teraz się zabezpieczamy odpowiednio. Peleryny w plecak i można ruszać. Peleryny a teraz nawet mikołaj mnie zaopatrzył w spodnie przeciwdeszczowe, to żadna pogoda nam nie będzie straszna o!

    OdpowiedzUsuń
  7. Oj, mnie też nieraz zdarzyło się wędrować w deszczu. Ubiegłoroczny mój weekend majowy w Beskidzie Żywieckim prawie cały upłynął pod znakiem deszczu. Raz aż się wstydziliśmy wejść do Zawoi po zejściu ze szlaku. Normalnie po szyję byliśmy w błocie ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. To i tak u Ciebie lepiej, bo my nie bardzo pamiętamy, gdzie byliśmy w majowy weekend. A fakt, tofka zygzakiem wracała do domu z grilla... zupełnie jak co roku :D Chyba urodziła się nam nowa świecka tradycja ;)

    OdpowiedzUsuń