piątek, 7 stycznia 2011

Retrospekcje - Pieniny 2009, Przełom Dunajca

W myśl zasady, że po burzy przychodzi słońce, piątek był naprawdę przyjemny. Słońce za bardzo nie prażyło, a w powietrzu unosiła się rześkość wczorajszego deszczu. Ponad zielonymi pagórkami unosiła się „mgła”, ale sokole oko nadal mogło dostrzec stado owiec gdzieś tam hen na stoku. I w tym wszystkim my uparci, mimo rad gospodyni, że daleko i właściwie nic tam nie ma, postanowiliśmy ruszyć Droga Pienińską do Czerwonego Klasztoru. Poszliśmy i nie żałowaliśmy ani chwili. Przyznaję, że wycieczka to prawie 30 kilometrów, że jakieś pięć godzin maszerowania, ale droga płaska, a widoki po prostu bajeczne. Między skałami wije się rzeka, powyżej niebo błękitne i chmury pełne. No czego chcieć więcej? I tu naprawdę nie ma co opowiadać, bo to chyba trochę tak jak z tańczeniem o architekturze. Albo widzisz, robisz i czujesz, albo nie. Nie ma więc zmiłuj, tu na pewno muszę pojawić się zdjęcia, bo bez tego ani rusz.

Droga Pienińska już na Słowacji

Jakiś strumyczek wpadający do Dunajca, który zachwycił Klopsia


A ja nie mogłam powstrzymać się od uwiecznienia stogów siana





I tak pięknie było po drodze, choć zdjęcia nie oddają pełnego uroku miejsca. U celu, w Czerwonym Klasztorze – kompleksie klasztornym, raczej nic ciekawego dla siebie nie znaleźliśmy. No może poza pięknym widokiem na Trzy Korony, świetnym ciemnym piwem (może Klopś przypomni jak się nazywało, bo mi całkiem ze łba wyskoczyło) i świetnym ciastkiem na miodzie.

Wspomniany widok na Trzy Korony

I było trochę strachu... Bratek powiedział, ze na Słowacji ino euronami płacić można. I Klopś poszedł, zamówił co chcieliśmy, a babeczka tym swoim ślicznym śpiewnym akcentem: złotówki czy euro? Euro – wypadło z ust Klopsia, a mi przyszło do głowy, że ten Bratek to nas trochę w maliny wpuścił. A babeczka, stawiając na ladzie piękną Marlenkę na miodzie rzuca – 16! I nic w tym dziwnego, prawda? Tylko cały szkopuł w tym, że primo to dość drogo jak za dwa piwka i kawałeczek ciasta, a secundo, w portfelu u Klopsia jedynie dziesięć samotnych euronów tkwi. Ja żałuję, że nie widziałam jego miny, bo zdaję sobie sprawę, jak musiał być przerażony – zresztą sama bym była. Ostatecznie skończyło się szczęśliwie i ta cudna uczta kosztowała nas ciut ponad 3 Euro...czyli całkiem zdrowo. A piwo! Naprawdę pycha! A do tego trzymało mnie przez pół drogi powrotnej.

2 komentarze:

  1. coś cudownego! chcę w góry!!! W tym roku planujemy w wakacje 2 tygodnie w górach - już się nie mogę doczekać!

    OdpowiedzUsuń
  2. My planujemy wakacje nad morzem, ale pewnie kilka wypadów górskich na pewno się znajdzie :)

    OdpowiedzUsuń