A miało być tak pięknie. Słoneczna sobota i cały dzień w przygranicznym Nachodzie. Zaplanowałam wszystko, co do minuty. Przejazdy, powroty, wejścia. Jedyne czego nie sprawdziłam to porannej nyski na granicę, ot uwierzyłam internetowi i koledze. I co? I dupa! Na poranną nyskę do Golińska dojechaliśmy, ale okazało się, że nyska nie dojeżdża. Czas nam się skurczył dramatycznie. Plan był tak napięty, że pękał w szwach. Mogliśmy spróbować, albo zmieć plan, który da się zrealizować na luzie, bez nerwów i dla przyjemności. Wybraliśmy tę drugą drogę i czas oczekiwania na autobus komunikacji miejskiej, który na pewno wybierał się za granicę, spożytkowaliśmy na kawę w Macu i przeorganizowanie planu. I zamiast Nachodu, był broumovski rynek.
Autobus linii 15 przyjechał o czasie. Podróż na granice trwała około 45 minut, czyli zważywszy na kręte i wąskie drogi - nie najgorzej. Granice przekroczyliśmy w Golińsku i spacerkiem ruszyliśmy na dworzec kolejowy w Mezimesti - 2,2 kilometra w ciągu jakiś 20 minut. Pokręciliśmy się chwile po miasteczku i dworcu, o dziwo pociąg się spóźnił - a czytałam w sieci bajki, że w Czechach to tak porządnie i wszystko o czasie. Ale w końcu ruszyliśmy w tę ośmiominutową podróż mijając po drodze dwie, czy trzy wioski i browar w Broumovie, w którym już było nam dane być.
Kilka chwil we vlaku minęło jak z bicza strzelił. I oto już wysiadaliśmy na słonecznej stacji (jak się później okazało stacji widmo pokroju Szklarskiej Poręby) w Broumovie. Z bladym pojęciem, gdzie znajduje się zabytkowy Rynek ruszyliśmy w stronę przystanku autobusowego by dalej udać się stromymi uliczkami prowadzącymi do celu. Po drodze znaleźliśmy kaszynę przy kościele św. Wacława. I już, już stare kamienice zaczęły układać się w czworokąt. I nie kłamali w reklamie miasta i w wikipedii - broumovski Rynek zaiste pięknym jest. Koronkowe kamienice, piękna wieża maryjna - jest na co popatrzeć i co obstrykać. Z delektowaniem się widokiem już gorzej, bo miasteczko puste i zamknięte na cztery spusty. Częściej można usłyszeć język polski niż czeski. Otwartych knajpek jak na lekarstwo i to w większości ciężkie mordownie, w których nawet Opata nie leją. Żal! Ale co zrobisz, nic nie zrobisz.
Ale zanim te przyziemne przyjemności jest walka ze stacją widmo w Broumovie, na której żywej duszy z obsługi. Z rozkładu tylko się domyślamy, że pociąg jedzie do Mezimesti. Plus, że Pan konduktor miły... informacje zdobyte, bilety kupione już we vlaku i w drogę powrotną.
Zmęczeni i obładowani zakupami walimy na Golińska, po drodze zaliczając wyżej wspomniany popas, a następnie raczymy się zimnym piwem w przygranicznej knajpce w Starostinie - wyjątkowo obleganej i to przez Polaków... eh gdyby nie popas to i żarcie czeskie by się zaliczyło.
I w sumie czeski wypad wypadł trochę na zwariowanych papierach - mimo mojego wcześniejszego, skrzętnego planowania. Nic to jednak, bo było miło, czesko i przyjemnie. W sumie to chyba do powtórzenia. Jesienią (o ile nie zlikwidują 15 na tej trasie) planujemy Aderszpach i Teplice... i może być równie zwariowanie, byle tłumów brakowało.
Bardzo malowniczo :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Ewa
http://blog.calimera.pl/
Przeurocza wycieczka i przepiękne zdjęcia zachęcają do wyjazdu. Bardzo fajnie ukazałaś uroki czeskiego miasteczka.
OdpowiedzUsuńSerdecznie pozdrawiam :)