wtorek, 28 grudnia 2010

Retrospekcje... Pieniny 2009, Czorsztyn, Niedzica.

W czasie deszczu dzieci się nudzą... Tak, to o dzieciach z tekstu Kabaretu Starszych Panów to tylko stereotyp. Dorośli nudzą się zupełnie jak dzieci, kiedy za oknem szaro, buro i nijako, a do tego leje z nieba. Nudzą się szczególnie, kiedy urlopują, a jeszcze bardziej szczególnie, kiedy planowali długą wycieczkę w góry.

I tak w pierwszym tygodniu Szczawnica przywitała nas mżącą środą i ulewnym czwartkiem. Góry to kiepskie wyjście w taką pogodę, coś o tym wiem, bo spędziłam kilka godzin w deszczu na szlaku w Karkonoszach – trasa od Łabskiego Szczytu do Schroniska Odrodzenie. Postanowiłam więc, że pojedziemy na „zamki” do Czorsztyna i do Niedzicy. Wycieczka właściwie fajna. Ruiny Czorsztyńskiego zamku robią wrażenie, a widok, nawet gdy mgły unoszą się nad Zalewem Czorsztyńskim, naprawdę piękny. Nie dość, że widać okoliczne wzgórza, lasy,  owce to jeszcze w odpowiednim miejscu, po drugiej stronie zalewu wznosi się Zamek w Niedzicy. W czasach świetności musiało być naprawdę pięknie. Teraz Zamek w Czorsztynie to ruiny, ale zadbane. W mury wmontowano ładne tablice informacyjne – co znajdowało się w danym miejscu, Kiedy zamek został rozbudowany etc. Ruiny średniowiecznego zamku naprawdę zachowane w całkiem niezłym stanie. Klopsiu pacnął kilka niezłych fotek, ja jak zawsze raczej bawiłam się aparatem. Jak opuszczaliśmy teren zamku czorsztyńskiego zaczęło przybywać ludzi, na parkingu mnóstwo samochodów. Widać nie tylko my wpadliśmy na taki pomysł spędzania mżącej środy.

Później przejazd do Niedzicy. I tłum ludzi przy wejściu, a raczej przy kasach, co potwierdziło moją teorię o spędzaniu mżących dni.  Już w tym momencie zaczęło mi się nie podobać. Ale w Wieliczce warto było, więc staliśmy z Klopsiem w tym zakichanym ogonku i wdychaliśmy przecudny zapach świeżych gofrów (udało mi się, choć z trudem, powstrzymać od zeżarcia potężnego gofra i to na dodatek z dodatkami). Wreszcie udało się kupić bilet, ruszyliśmy więc w stronę niewielkiego wzniesienia, kiedy za naszymi plecami jakaś mała dziołszka zaczęła krzyczeć: przepraszam, to nie pani kluczyk?! Kurwa, serce mi stanęło bo dziewoja w dłoni trzymała mój kluczyk od Fieścinki. Byłam tak oszołomiona, ze rzuciłam tylko: tak, dzięki i poszłam dalej. Klopś oczywiście stanowczo zarządził, że od tej pory to on będzie nosił kluczyk, bo jakbym zgubiła to kicha, ni ma jak wrócić gdziekolwiek. Później zaczęliśmy zwiedzanie...

 
Widok z zamku czorsztyńskiego na zalew i zamek w Niedzicy

 
Pięterko czorsztyńskich ruin

 
Czorsztyn w całej okazałości (z "pięterka" zamku niedzickiego)

Jakież wielkie było moje rozczarowanie kiedy wewnątrz zamkowych wnętrz (prawdopodobnie pochodzących z XIV wieku i kiedyś znajdujące się już na Węgrzech) zobaczyłam tę gigantyczną masę ludzką. Coś takiego widziałam chyba tylko w jakiś weekendowy dzień na Akropolu. Właściwie to mało było widać, bo wszędzie tłum, łokciami się trzeba było przepychać, stać w długaśnych ogonkach, a jak już gdzieś się weszło to dochodziłam do wniosku, że nie warto było. Jedyne co naprawdę bardzo mi się podobało to wystawa zdjęć... o ile dobrze pamiętam to woda była tematem główny, tak w górach jak i dolinach. Zdjęcia śliczne i nawet pojawiły się moje ukochane Karkonosze. Reszta, to albo przeludnione korytarze, albo pełne ludzi puste komnaty, albo wypełnione ludźmi komnaty, w których znajdowały się ekspozycje dawnego wyglądu zamczyska śmierdzące niemiłosiernie futrem martwych zwierząt i tłuszczem. Jednym słowem-kicha. W cenie biletu było także zwiedzanie wozowni. I tu przyznam szczerze, że podobało mi się bardziej niż w zamku.

 
Zamek w Niedzicy, zdecydowanie bardziej atrakcyjny z zewnątrz niż od środka