poniedziałek, 31 stycznia 2011

Retrospekcje - Błatnia, Klimczok i mordercze spojrzenie Klopsa

Przed Wielkanocą 2010 strasznie napaliłam się na góry. Nie ważne gdzie, nie ważne na jak długo, ważne, żeby pogoda była znośna i samopoczucie dobre. Jadąc do Klopsa na święta opracowałam plan wyprawy z nadzieją, że wszystko wypali i uda mi się zdobyć pierwsze punkty do pierwszego stopnia Górskiej Odznaki Turystycznej. I udało się. W Wielką Sobotę wyruszyliśmy do Brennej żeby wykonać sto procent planu.

Godzinka jazdy Fieścinką, parking w centrum miasteczka i rozpoczęcie wędrówki. Najpierw czarnym szlakiem, który przechodzi w zielony ruszyliśmy żwawo w stronę Błatniej. Po pewnym czasie marsz zmienił się w suniecie po niesamowicie śliskiej, błotnistej glinie. Buty zrobiły mi się dwa razy cięższe od błota, które na nich osiadło. Tak samo było u Klopsa. I tak było prawie do samej góry. Tuż przed Samą Błatnią zainteresowały mnie dwie niewielkie, przydrożne kapliczki. Pierwsza prawdopodobnie ze św. Florianem w środku, druga z Matką Boską. Do tego całkiem ładny widok rozciągający się na Beskidy.

  

Kapliczka św. Floriana i Klops na horyzoncie ;)

  
Widok na Skrzyczne

Przed nami jednak jeszcze ostatni odcinek podejścia.
Najpierw pojawiło się Ranczo, gdzie nawet w tym błocie ktoś brykał na koniku. A później już tylko Schronisko na Błatniej. W środku trochę turystów, sympatyczna obsługa i wnętrze (przynajmniej jadalni, którą dane mi było oglądać) przyjemnie klimatyczne. Przywiodła mi trochę na myśl szczawnicka Czardę.

  
Jadalnia w Schronisku

Pieczątki w książeczki GOT, piwko, sprite czy inne świństwo i dalej w drogę! Nie ukrywam, że Klops kręcił trochę nosem, ale udało mi się go przekonać, żeby przejść z Błatniej na Klimczok. I nie żałuję. Droga nie była najgorsza. Zamiast błota pojawił się śnieg. Klops nawet zapadł się w jakąś przydrożną dziurę i to po samo udo. W sumie szczęście, że mu się nic nie stało.

Żółty szlak prowadził przez Stołów i Trzy Kopce. A Klopś przy każdym większym podejściu patrzył na mnie morderczym wzrokiem, bo jak sam twierdzi lubi chodzić po górach, ale nie koniecznie jak jest pod górę. No, ale po jakiś 2 godzinkach wreszcie zdobyliśmy Klimczok. Nie wiem czemu, ale chyba odkąd poznałam Klopsia chciałam się wdrapać na tę górę. I po jakiś trzech latach się udało.

   
Widok z Klimczoka na Magurę

Ja oczywiście chciałam ruszyć do Schroniska, Klops uznał, że lepiej wracać do Brennej. Zeszliśmy z góry i na skrzyżowaniu szlaków weszliśmy na czerwony, stromo prowadzący w dół. Widok był śliczny.

  
Znowu Skrzyczne

  
I nasza ścieżka w dół...

 Niestety jednak gdzieś w ferworze schodzenia zgubiliśmy szlak i miast na Przełęcz Karkoszczonka wyleźliśmy gdzieś w Szczyrku. Korekta drogi kosztowała nas kolejne podejście i przyznaje, że jakoś w tym momencie zaczęłam czuć stopy. Ostatecznie trafiliśmy na Przełęcz, a stamtąd już żółtym szlakiem prosto do Brennej Bukowej, skąd było jeszcze kawałek do Fieścinki. Ostatnie odcinki dały mi trochę w kość.

Przyznaję jednak, że otwarcie zeszłorocznego sezonu wędrówek uważam za udany. Było cudnie. Po powrocie razem z Klopsem upiekliśmy babkowo-biszkoptowego barana na wielkanocny stół, kruchy spód do mazurka i dwa bochny chleba. A zimne piwo smakowało jak zawsze po górskich wędrówkach – czyli najlepiej na świecie. Dzień był długi zakończony zapachem gorącego chleba i niezwykle przyjemnym łonaczeniem (jak to mówi Pydzia).

Efekt – pierwsze dwadzieścia sześć punktów do odznaki popularnej GOT i bolące pośladki. Ale warto było :)

Punktacja GOT 
Brenna - Błatnia - Klimczok - Brenna, ogólna liczba punktów GOT - 26
Brenna Centrum - Schornisko Błatnia (10 pkt)
Schronisko Błatnia - Klimczok (3 pkt)
Klimczok - Przełęcz Karkoszczonka (4 pkt)
Przełęcz Karkoszczonka - Brenna Bukowa (4 pkt)
Brenna Bukowa - Brenna Centrum (2,25 km* 2 pkt)

piątek, 14 stycznia 2011

A miało być tak pięknie...

Miał być kolejny wypad w Beskid. Miał być... Pozbieraliśmy się w sobotni ranek i to mimo przeciwnościom losu. Dzień wcześniej przyjechałam do Clopsa, to raz, a dwa popiłam trochę, co odbiło się na większej potrzebie snu. Do tego, gdy wyszliśmy przed dom okazało się, że siąpi. Mój dzielny Chop uznał jednak, że na pewno się przejaśni i mimo to jedziemy do Wisły.

Plan był w sumie prosty. Ciastka u Janeczki w Wiśle, a później Stożek, może nawet powrót przez Soszów - wszystko miało zależeć od naszych chęci i czasu, trasa więc była edytowalna (oczywiście poza pierwszymi dwoma punktami). Po około godzinie osiągnęliśmy cel - Wisła stała przed nami otworem, niestety spowita chmurami, wietrzna i deszczowa. Niezrażeni zarzuciliśmy plecaki (no dobra Clops zarzucił plecak) i ruszyliśmy w stronę centrum.

Ledwo dotarliśmy do cukierni od razu zajęliśmy miejsca w ciepełku, na stolik zaś wjechały ciastka i kawa. Wszystko było pyszne, okazało się jednak, że "Janeczka" ma sporą cukiernie po drugiej stronie ulicy i to ze zdecydowaniem większym wyborem słodkości. Nie było jednak co narzekać, bo to co chwilę wcześniej spożyliśmy było pyszne i warte wyprawy do Wisły.


Pozostałości po ciastkach


Janeczka II


Rzut okiem w prawo


Rzut okiem w lewo...


A tam Wisła płynie


Po pierwszym punkcie wycieczki jednak zaczęły się schody, Clops zaczął bowiem obstawać przy opcji nie zbaczania z asfaltów i wychodzenia poza obręb miasta. A ja? Cóż... kobieta puch marny, nie mogłam się sprzeciwić, w końcu pogoda naprawdę nie była najlepsza, a ostatnia wyprawa z Równicy na Orłową w strugach deszczu jeszcze żywa była w mej pamięci. Decyzja zapadła - zostajemy i zwiedzimy Wisłę spacerując wzdłuż Wisły. Było miło, choć wiatr i lekki kapuśniak raczej nie odpuszczały.


Niestety nic nowego zobaczyć się nie udało. Wisłę poznałam w takim stopniu w jakim powinnam jakieś dwa lata temu, kiedy byłam tu po raz pierwszy. Ok, może nie do końca, bo tym razem udało mi się poznać te mniej turystyczną część, rogatki poza centrum wypełnionym bazarami, restauracjami, knajpkami. Wdepnęliśmy też do kościoła pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, który znajduje się tuż przy dworcu PKS. Musze przyznać, że wnętrze XIX-wiecznego kościoła zrobiło na mnie spore wrażenie. Widać, że został on zmodernizowany, w XX wieku nadano mu bowiem dużo bardziej nowoczesny wygląd, ale bogactwo w witraże sprawia, że tak czy siak jest piękny.


Było też zabawnie. Maszerując z jednego końca miasteczka na drugi odwiedziliśmy cmentarz leżący na górce, tuż powyżej Wisły (rzeki, nie miasta), jak się dowiedziałam zwany cmentarzem na "Gróniczku". Cmentarz o tyle ciekawy, że na jego terenie znaleźliśmy nagrobek odkrywcy Wisły - Bogumiła Hoffa. Nagrobków ważnych dla Wiślan było sporo, a to nauczyciele społecznicy, a to założyciele zespołów ludowych. Długo by wymieniać i trudno, bo przyznam, że niektóre nazwiska mówiły mi niewiele. Za to jedno powiedziało dużo. Niedaleko nagrobka wspomnianego Hoffa rzuciło mi się w oczy nazwisko Pilch... i co? I głupia Tofka podjarała się jak ostatnia wariatka, że przecież Jerzy Pilch pochodzi z Wisły i to z pewnością jego rodzice lub dziadkowie. Nagrobek opstrykałam wykładając Clopsowi kimże ten Jurek Pilch jest, a później podniosłam głowę i całą podnietę szlag trafił. Okazało się, że Pilch to w Wiśle tak popularne nazwisko jak przysłowiowy Kowalski czy Nowak. Ostatecznie wyszłam na niezłego głupola. Cóż, nikt nie jest doskonały.


Dziękujemy panie Hoff za odkrycie Wisły!


Patrz! Pilch!


I tu też!
Pilchami Wisła stoi. Pilchów jak mrówków mają...


Wycieczka nie do końca udana, ale też i nie całkowita klapa... chyba!


Prof. Stanisław Hadyna (założyciel Zespołu Pieśni i Tańca "Śląsk", patron Wiślańskiego Amfiteatru, w którym grzeje ławę rezerwową.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Retrospekcje - Pieniny 2009, Wysoka-Palenica

W sumie wyprawa z Jaworek do Szczawnicy była najlepszą wycieczką odbytą w Pieninach. To jest to, co Tygryski lubią najbardziej. Ambitne podejście, a później wędrówka szczytami podziwianie tego, co na dole. A to tam hen na dole jest piękne. Co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Wracam więc do tej wyprawy. Wracam tu i mam nadzieję, że uda się i w rzeczywistości... tylko tym razem w drugą stronę z zejściem przez Rezerwat Białej Wody.

Sobota minęła bardziej leniwie. Ruszyliśmy do Leśnicy, niewielkiej słowackiej mieścinki położonej centralnie między pienińskimi szczytami. I prócz ładnych widoków, uroczego kościółka (mam jakąś małą obsesje na punkcie budowli sakralnych) nie było tam nic ciekawego. Ot zwykła rolnicza mieścina, gdzie ludzie pracują w polu, a turyści popijają piwko w przydrożnym barze (Klopś przypomniał mi jak się nazywał ten przepyszny browar – Saris).

Niedziela natomiast trochę nas zabiła. Pojechaliśmy do Jaworek – mieścinki sąsiadującej ze Szczawnicą. W planie był Wąwóz Homole, podobno bardzo piękny, wciśnięty między skały wapienne, Wysoka – najwyższy szczyt Pienin i powrót do Szczawnicy szczytami Małych Pienin. Homole, może i piękne, ale wrażenia nie zrobiło najmniejszego. Tłum ludzi, często nieprzystosowanych i czerpiących przyjemności z górskich wędrówek posuwał się do przodu. Z dzieciakami, z japonkami, torebuniami. Eh! Tym gorzej, że bodajże w zeszłym roku w wąwozie zamontowano „ułatwienia” dla zwiedzających. Zewsząd otaczały nas schody, kładki, poręcze... jakieś to trochę nie na miejscu. Przemknęliśmy więc przez wąwóz skalawszy się kilkoma fotkami u wejścia.
Wąwóz Homole

Później jeszcze bardziej zaludniona polanka i już można było wejść na szlak prowadzący na Wysoką (no dobra trzy sekundy pobłądziliśmy w tym tłumie). Na szczyt wybierało się zdecydowanie mniej ludzi, bo i droga wiodła permanentnie pod górę i wcale nie była krótka. Wspinaczka nieźle dała nam w kość, ostatni odcinek to prawie pionowa ściana (tu schody, które pojawiały się tylko miejscami naprawdę ułatwiały podejście). Klopś spocił się tak, ze myślałam, że się rozpuści. Ale warto było! Widok ze szczytu taki, że dech zapiera! Widać wszystko dookoła i Pieniny i Tatry. Cudo po prostu! I ja chyba dla takich widoków uwielbiam góry! Gdzie indziej się tego nie zobaczy.

Widok z Wysokiej

j.w.

Tatry (widok z Wysokiej)

Trzy Korony

Znowu Taterki

Po opstrykaniu wszystkiego dookoła ruszyliśmy dalej. Widoki po drodze boskie, ale było różnie. Przyznaje, ze już pod koniec trasy, kiedy Palenica zaczynała przed nami coraz wyraźniej majaczyć, byłam już zmęczona. Nie mam pojęcia ile kilosów pękło nam pod stopami, nie pamiętam, a mapę z dzikich górskich wypraw ma Klopś. Niemniej jednak było pięknie, a piwo w pizzerii na Palenicy smakowało jak nigdy :)

Droga relacji Wysoka - Palenica

Widok z drogi spod Wysokiej na Palenicę

Szkoda tylko, że Klopś podczas wędrówki nabawił się kontuzji – gigantycznego pęcherza na paluchu, który później przerodził się w niewielka, ale bolesną otwartą ranę. Poniedziałek więc spędziliśmy łażąc po Szczawnicy (znaczy ja łaziłam, Klopś kuśtykał). Żeby było śmiesznie we wtorek padało, ale i tak ambitnie wyruszyliśmy na Sokolicę. A dzień przed wyjazdem kopyto Klopsia znowu dało o sobie znać i tym sposobem nie zdobyliśmy Trzech Koron... będzie po co tam wrócić ;)

piątek, 7 stycznia 2011

Retrospekcje - Pieniny 2009, Przełom Dunajca

W myśl zasady, że po burzy przychodzi słońce, piątek był naprawdę przyjemny. Słońce za bardzo nie prażyło, a w powietrzu unosiła się rześkość wczorajszego deszczu. Ponad zielonymi pagórkami unosiła się „mgła”, ale sokole oko nadal mogło dostrzec stado owiec gdzieś tam hen na stoku. I w tym wszystkim my uparci, mimo rad gospodyni, że daleko i właściwie nic tam nie ma, postanowiliśmy ruszyć Droga Pienińską do Czerwonego Klasztoru. Poszliśmy i nie żałowaliśmy ani chwili. Przyznaję, że wycieczka to prawie 30 kilometrów, że jakieś pięć godzin maszerowania, ale droga płaska, a widoki po prostu bajeczne. Między skałami wije się rzeka, powyżej niebo błękitne i chmury pełne. No czego chcieć więcej? I tu naprawdę nie ma co opowiadać, bo to chyba trochę tak jak z tańczeniem o architekturze. Albo widzisz, robisz i czujesz, albo nie. Nie ma więc zmiłuj, tu na pewno muszę pojawić się zdjęcia, bo bez tego ani rusz.

Droga Pienińska już na Słowacji

Jakiś strumyczek wpadający do Dunajca, który zachwycił Klopsia


A ja nie mogłam powstrzymać się od uwiecznienia stogów siana





I tak pięknie było po drodze, choć zdjęcia nie oddają pełnego uroku miejsca. U celu, w Czerwonym Klasztorze – kompleksie klasztornym, raczej nic ciekawego dla siebie nie znaleźliśmy. No może poza pięknym widokiem na Trzy Korony, świetnym ciemnym piwem (może Klopś przypomni jak się nazywało, bo mi całkiem ze łba wyskoczyło) i świetnym ciastkiem na miodzie.

Wspomniany widok na Trzy Korony

I było trochę strachu... Bratek powiedział, ze na Słowacji ino euronami płacić można. I Klopś poszedł, zamówił co chcieliśmy, a babeczka tym swoim ślicznym śpiewnym akcentem: złotówki czy euro? Euro – wypadło z ust Klopsia, a mi przyszło do głowy, że ten Bratek to nas trochę w maliny wpuścił. A babeczka, stawiając na ladzie piękną Marlenkę na miodzie rzuca – 16! I nic w tym dziwnego, prawda? Tylko cały szkopuł w tym, że primo to dość drogo jak za dwa piwka i kawałeczek ciasta, a secundo, w portfelu u Klopsia jedynie dziesięć samotnych euronów tkwi. Ja żałuję, że nie widziałam jego miny, bo zdaję sobie sprawę, jak musiał być przerażony – zresztą sama bym była. Ostatecznie skończyło się szczęśliwie i ta cudna uczta kosztowała nas ciut ponad 3 Euro...czyli całkiem zdrowo. A piwo! Naprawdę pycha! A do tego trzymało mnie przez pół drogi powrotnej.