piątek, 22 października 2010

GOT - Beskid Śląski (BZ01)

Rozpiska punktów GOT spaceru z Równicy na Orłową.


Ustroń-Równica-Orłowa-Ustroń, ogólna liczba punktów - 24
Ustroń Centrum - Równica (9 pkt)
Równica - Orłowa (5 pkt)
Orłowa - Ustroń Polana (5 pkt)
Ustroń Polana - Ustroń Centrum (4,8 km, co daje 5 pkt)

wtorek, 19 października 2010

Deszczowy spacer z Równicy na Orłową

Niejaką inspiracją do tej wycieczki była notatka Kate (Beskidy w wersji "snow"), szukając bowiem pomysłu na jakąś beskidzką wyprawę przypomniałam sobie o wycieczce z Równicy na Orłową. I mimo, że w sobotni ranek było pochmurno uznaliśmy, że nic nas nie powstrzyma, pogoda również, wsiedliśmy do auta i szeroką szosą ruszyliśmy do Ustronia.

Już w centrum Ustronia weszliśmy na szlak. Pierwsze znaczki odnaleźliśmy po prawej stronie całkiem ładnego rynku. Prowadziły one do części uzdrowiskowej Ustronia, by za nią wprowadzić wędrowców w las. Początkowo jest całkiem przyjemnie, droga nie jest trudna i uciążliwa, nic nie wskazuje późniejszych stromych podejść. A łatwo nie jest. Ścieżka wije się wysoko w górę mimo, że Równica wcale nie należy do jakiś wysokich szczytów, ma tylko 884 m. n. p. m. Było ciężko, ale widoki ładne. Strumień po prawej miejscami tworzył niemałe wodospady, a w miejscach przecinki widok na okoliczne masywy górskie Beskidu są naprawdę piękne. Po drodze spotkaliśmy dwóch miłych Panów, z którymi wymieniliśmy kilka przyjaznych zdań.

Ustroński rynek

Ustroński kamień


Ustrońska tablica przykręcona do ustrońskiego kamienia wkopanego w ustrońską ziemię


Tym razem Wisła, nie ustrońska tylko polska, ale w Ustroniu


Strumyk wijący się wzdłuż szlaku


Wzdłuż tego szlaku


Szszszszszszsz (onomatopeja, jeśli się ktoś nie domyślił)


I taaaaak sobie płynął w dół


Ołtarz połowy

Po jakiejś godzinie z okładem i to sporym docieramy pod Równicę. A tam tłumy! Nic dziwnego skoro praktycznie na sam szczyt Równicy można wjechać samochodem. Schronisko PTTK, kilka punktów gastronomicznych, zajazd na samym szczycie góry. My wierni schroniskowej tradycji ruszyliśmy właśnie do PTTK'owskiego przybytku, na piwo i czekoladę, bo biedny Clops robił za kierownika. Postanowienie o rychłej ucieczce z mało turystycznego tłumu zrealizowaliśmy całkiem szybko. Czym prędzej więc obaliliśmy nasze trunki, przy wtórze narzekań dochodzących od stolika obok, że przeca jeśli szklanica grzanego wina kosztuje 9 złotych, to aż dziwne, że nie dali do środka plastra pomarańczy. Niebieski szlak na Orłową prowadził przez obszerny parking, omijał od prawej szczyt Równicy i dzięki Bogu wyprowadzał powoli z tłumku turystów.

O tam hen, hen to szczyt Równica


Samochodom też należy się wypoczynek na łonie natury.


Schronisko czyli nasza piwo- i czekolado-dajnia
...


... z ludowym wystrojem

Sporym minusem był deszcz, który zaczął ciurkać z nieba chwilę po opuszczeniu stolika w Schronisku Równica. Sama droga jednak nie była jakoś szczególnie uciążliwa. Po pierwszym ciut stromym podejściu zaraz na samym początku, droga było nie tylko prosta, ale i płaska. Prowadziła nieustannie przez las, deszcz wiec tez nie był zbytnio odczuwalny. Ostro zrobiło się tuż przed samą Orłową, gdzie szlak niebieski łączy się z zielonym. Podejście do Schroniska po Orłową dało nam się nieźle we znaki, tym bardziej, że i deszcz zaczął bardziej dokuczać.

Gdzieś w okolicy Orłowej

Samo schronisko świetne. Niewielkie, całe w drewnie. Jak dla mnie idealne na wypad na spokojność. Cisza, spokój niezwykle mili ludzie w okół i browar podawany w ogromniastym kuflu. Niestety na posiedzenie za wiele czasu nie mieliśmy. Po obaleniu piwka ruszyliśmy w dół tę samą drogą, którą się wdrapywaliśmy. Było jeszcze gorzej, bo deszcz ze ścieżki zrobił małe bagnisko, po którym zjeżdżało się w bardzo artystyczny sposób. Na rozdrożu szlaków odbiliśmy tym razem na zielony prowadzący do Ustronia Polany. I wcale nie było lepiej. Spacer skrajem lasu nie bardzo chronił przed deszczem, co moje ciało pod ubraniem zaczęło delikatnie odczuwać. I nie niwelowały tej niewygodny piękne widoki, bo uparcie skrywały się pod osłoną mgły.

Niech-to-szlak, znów pod górę!

Niezbyt stroma droga prosto w dół doprowadziła nas ostatecznie do cywilizacji. Znaleźliśmy się już w Ustroniu. Teraz tylko wystarczyło dojść z Polany do Centrum, gdzie zostawiliśmy naszą Puncinkę. Niestety deszcz dalej siekł z nieba, a my zboczyliśmy z pieszych szlaków i ukryliśmy się między drzewami po lewej stronie Wisły. Rowerowym szlakiem, po około godzinie dotarliśmy wreszcie do Centrum. Przemoczeni i zmęczeni doczłapaliśmy do sklepu po baterię piwka, a później już tylko ciepłe wnętrze samochodu i hajda Wiślanką do domu.

środa, 6 października 2010

Dwunastu Apostołów czy siedmiu krasnoludków?

W ostatni dzień urlopu (kiedy to u diabła było?) wybraliśmy się do Chełmska Śląskiego i Krzeszowa. I od razu napiszę, że o Krzeszowie ni słowa nie będzie, bo cały kompleks klasztorny Cystersów w remoncie. Wszędzie stoją rusztowania i trwają prace renowacyjne. Ani pooglądać, ani zdjęć porobić (tym bardziej, że Braciszkom za tę przyjemność trzeba zapłacić podwójnie). Natomiast Chełmsko Śląskie trochę zaskoczyło całą nasza trójkę, bo na wyprawę zabraliśmy moją bratową.

Już sama droga prowadząca od Mieroszowa do Chełmska Śląskiego jest niezwykle ciekawa i wiążę się z nią moje pierwsze poważniejsze "narobienie w majtki" podczas jazdy samochodem. Uliczka bardzo malowniczo wije się w górę, z prawej strony las, z lewej strony las, a przed oczyma ostry podjazd. Cały wic polega na tym, że droga nie jest utrzymywana w okresie zimowym, a mój mądry ojczulek w Boże Narodzenie 2008 chciał nam bardzo Chełmsko Śląskie pokazać. Skończyło się na tym, że po kilku metrach moja Fieścinka pokazała rogi i stanęła w poprzek ulicy nie chcąc ani o milimetr ruszyć się do góry. Zrezygnowaliśmy.

Tym razem dotarliśmy na miejsce. Chełmsko okazało się niewielkim miasteczkiem z ryneczkiem, pośrodku którego stoi pomnik św. Jana Nepomucena. Kamieniczki zgromadzone wokół rynku zdecydowanie grzeszą urodą, niestety w większości noszą znamiona czasu. Niektóre z nich niestety stały się ruinami pod opieką konserwatora zabytków. Nas jednak nie Rynek interesował, przyjechaliśmy do Chełmska dla sławnych Dwunastu Apostołów.

Front Domów


A tak się prezentują z dalszej odległości

Dwunastu Apostołów to 12 podcienionych domów zbudowanych w XVIII wieku przez Cystersów z pobliskiego Krzeszowa. Do dziś zachowało się tylko jedenaście, jeden odsunięty od szeregowo ustawionych jedenastu zwany Judaszem, spłonął. Niestety tylko dwa z całego szeregu należą do Stowarzyszenia "Tkacze Śląscy", w jednym znajduje się kawiarenka, reszta jest zamieszkała i to jak się dowiedzieliśmy od "przewodniczki" w Muzeum przez całkiem przyjemny element, który sukcesywnie dewastuje zabytek.

Kompleks powstał w 1707 roku. Jak wspomniałam wyżej Cystersi, na zlecenie opata z Krzeszowa Dominika Geyera wybudowano dwanaście drewnianych domów dla tkaczy, którzy zostali ściągnięci do Chełmska Śląskiego z Czech. Wybudowane zostały w tym a nie innym miejscu ze względu na nasłonecznione stoki, które znajdują się za domostwami i bliskość rzeki. Jak mówiła przewodniczka, były to idealne warunki do uprawiania i przetwarzania lnu. W sumie wszystko odbywało się w domostwie i na podwórzu. Co ciekawe zastanawia "ciasnota" jaką daje się dostrzec po wejściu do wnętrza. Niewielki korytarz wraz z maluśkim pomieszczeniem gospodarczym, izba kuchenna, z której bezpośrednio wchodzi się do głównej izby stanowiącej warsztat i sypialnie dla około dwunastoosobowej rodziny. Współczesny człowiek miałby problem z taką małą przestrzenią bytowania, tym bardziej, że w izbie ogólnej musiało znaleźć się miejsce na wszystkie niezbędne narzędzia do przetwarzania lnu. Ponad częścią mieszkalną znajduje się poddasze pełniące funkcję magazynu. Schodki prowadzące z korytarza są niezwykle strome. U góry niespodzianka, drzwi prowadzące na zewnątrz, przez które można było bezpośrednio na wóz wyładować towar, czy też zapłacić należną Cystersom daninę (w pieniądzu lub w naturze). A gdy się człowiek po ciemnym pomieszczeniu rozejrzał dostrzegł system wentylacji, który prowadzi przez cały szereg domów. Otóż ścianki działowe nie zamykają przestrzeni do końca, między podłogą znajduje się około 30 , może 40 centymetrowa szczelina, która miała zapewniać przepływ powietrza.

Nie istniejące już pozostałe Domy


A te mieliśmy przyjemność oglądać na żywo a nawet zwiedzić od wewnątrz

Wejście do Muzeum kosztuje wykupienie cegiełki Stowarzyszenie i jest to, o ile dobrze pamiętam, 2 złote. Warto poświecić chwilę czasu i porozmawiać z przewodniczką, Babeczka ma spora wiedzę i bardzo chętnie opowiada.

Zabytkowe kamienice


Zabytkowa kupa cegieł ;)

Po spacerze w jednym z Dwunastu Apostołów, bratowa zaciągnęła nas w polną drogę, która ciągnęła po środku niczego, ale ostatecznie doprowadziła nas na parking przy Głazach Krasnoludków. Rezerwat zwany inaczej Gorzeszowskimi Skałkami znajduje się na obrzeżu Gór Stołowych i jest zbiorem skał piaskowych, które przez czynniki erozyjne przybrały naprawdę piękne i fantazyjne kształty. Zaraz przy wejściu, na polanie znajduje się przyjemne miejsce na popas: ławki, stoliki i miejsce na ognisko. Bloki skalne stoją dumnie trochę nad polaną, na niewielkiej górce, którą pokrywa iglasty lasek. Skały sięgają nawet 15 metrów i naprawdę robią niezłe wrażenie. Tym większe, że w Rezerwacie Skał Krasnoludków nie ma zbyt wielu turystów, jest wiec cisza, przerywana jedynie szumem wiatru. Jak dla mnie miejsce jest troszeczkę magiczne...

Wreszcie pod górę!


A czasem w dół.


I popromienne mchy.





Przerażająca ciemność, kto wie co może się kryć w tym mroku.

Spacer pomiędzy skałami jest przyjemny, nie męczy nawet niewprawionego turystę. Ciekawe, że wchodzi się w samo centrum tych dziwacznych form, w których każdy dostrzeże coś innego. Jesienną porą atrakcją mogą być grzybki, które wśród skałek pokazują swoje kapelusze. My byliśmy tam w sierpniu, ale Clopsiowi kilka podgrzybków wpadło w łapska.




Polecam oba mniej uczęszczane miejsca. Jest bowiem ciekawie i bez większych tłumów. Nigdzie nie trzeba stać w kolejkach, a spacer, czy wśród Apostołów, czy wśród Krasnoludków jest czystą przyjemnością.

sobota, 2 października 2010

Świdnicki Kościół Pokoju

Świdnicę znam od dziecka, bo leży od mojego rodzinnego miasta przysłowiowy rzut beretem. I aż wstyd się przyznać, że dopiero w tym roku wywiało mnie na zwiedzanie Kościoła Pokoju – i to głównie ze względu na Clopsa. Przyznam, że budowla sakralna robi naprawdę niesamowite wrażenie. Tak z zewnątrz, bo czaruje murem pruskim, jak i wewnątrz, ale tego opowiedzieć się nie da... to po prostu trzeba zobaczyć.


Mur pruski

Trochę historii na podstawie informacji opublikowanych na stronie internetowej Kościoła Pokoju w Świdnicy.

Świdnicki Kościół Pokoju został zbudowany na mocy Pokoju Westfalskiego, kończącego wojnę trzydziestoletnią. Wtedy to cesarz Ferdynand III. został zobowiązany przez Szwedów do wyrażenia zgody na budowę przez ewangelików w Jaworze, Głogowie i Świdnicy po jednym tzw. "Kościele Pokoju". W tamtym okresie protestantyzm nie był religią traktowaną na równi z katolicyzmem, stąd też dopiero po rozmaitych petycjach skierowanych na dwór wiedeński, przy wskazaniu planowanego placu budowy, 13 sierpnia 1652 r. cesarz udzielił swojej zgody, a już 10 dni później wyznaczono teren i przekazano go przewodniczącemu ewangelickiego Urzędu Rent z Otterau. Plac miał kształt kwadratu (200 x 200 kroków), sam kościół miał mieć 100 kroków długości i 50 kroków szerokości. Miał on być poświęcony Świętej Trójcy. Zgodnie z zarządzeniem cesarskim kościół mógł być wybudowany jedynie poza murami miasta, bez wieży i dzwonów. Jako materiałów budowlanych można było użyć jedynie drewna, piasku, gliny i słomy. Szczególnym utrudnieniem dla gminy miało być zarządzenie, że okres budowy nie może przekroczyć jednego roku. Świdnicki Kościół powstawał jako trzeci, po głogowskim i jaworskim, było więc łatwiej, bo świdniccy protestanci mogli korzystać z wcześniejszych doświadczeń swoich współwyznawców z innych miast. Świdniccy protestanci zlecili w roku 1656 wrocławskiemu mistrzowi budowlanemu Albrechtowi von Saebisch i miejscowemu cieśli Andreasowi Kaemperowi budowę Kościoła Pokoju w Świdnicy. Kamień węgielny położono 23 sierpnia tego samego roku. 24.06.1657 r. można było w Kościele Pokoju w Świdnicy odprawić pierwsze nabożeństwo. W 1708, kiedy sytuacja wyznaniowa ewangelików się polepszyła, obok kościoła wybudowano dzwonnicę i szkołę ewangelicką. Oba budynki zachowały się do dziś.


Pomnik Cmentarny

Jeśli chodzi o zabytki wewnątrz Kościoła Pokoju to, tak jak wspomniałam wyżej, niezmiernie trudno je opisać. Bogactwo wnętrza tej, w sumie niewielkiej budowli, sprawiło, że oczu nie mogłam od niego oderwać. Całość pokryta jest malowidłami i płaskorzeźbami. Empory na całej długości pokryte są cytatami biblijnymi i alegorycznymi malowidłami. Wśród nich znajdują się tarcze cechowe piekarzy, piwowarów, rzeźników, sukienników, portrety mieszczan i szlachty oraz epitafia świdniczan. Ołtarz sięga stropu i jest tak bogaty, że słów mi brak. A organy, mimo że nie działające, przytłaczają swoim pięknem i wielkością. Obiecałam sobie, że w końcu kiedyś wybiorę się na jakiś koncert w ramach festiwalu Bachowskiego, bo to dopiero musi być wrażenie.


Zapierające dech w piersiach wnętrze


Ambona


Główny ołtarz


Loża dla VIP-ów


hmmm, ciekawe ile dzieci by się wykarmiło za to złocenie, hmmm


Malarzom musiało nieźle kapać do oczu





Ambona z innego punktu


Tradycyjny zoom na detale

I prawda taka, że jedyne co mogę zrobić, to tylko zareklamować to miejsce. Bilet drogi nie jest, bo za dwie dorosłe osoby (bez zniżki) zapłaciliśmy 12 zł. W stosunku do tego, co ukazało się naszym oczom... wydatek naprawdę niewielki.