piątek, 20 maja 2011

Arboretum w Wojsławicach

Dzień przed beznadziejnym, majowym atakiem zimy udało nam się odwiedzić Wojsławickie Arboretum. Przyznaję się bez bicia, że za grzebaniem w ziemi nie przepadam (to jedno z ulubionych zajęć rodziców i to oni byli głównymi prowodyrami zamieszania), niemniej jednak w Wojsławicach jest tak i na co popatrzeć, jak i gdzie pochodzić.





Trafiliśmy akurat na kwitnienie azalii, rododendronów i magnolii. Fakt, nie wszystkich, ale raczej nie sposób nakazać roślinom rozwijać pąki kwiatowe jak na komendę i to w tym samym terminie. I trudno pisać tu o ogrodzie, który przez nasadzenia w bardzo naturalnym układzie bardziej przypomina park, bo liczą się wrażenia. A wrażenia są i to jakie... prawie jak momenty w filmowych rozmowach w Trójce. I proszę Państwa, to po prostu trzeb zobaczyć. Tym bardziej, że historyczne 6 hektarów zostało powiększone o nowy teren zajmujący kolejne 5. A z tego co było widać Arboretum pochłania powoli kolejne kawałki okalającej go ziemi. Wszystko więc żyje i zmienia się na oczach odwiedzających. Kiedy byłam w Wojsławicach trzy-cztery lata temu, park wyglądał trochę inaczej. Przez te lata znacznie się rozrósł. Nowe tereny zostały obsadzone nie tylko charakterystycznymi dla Arboretum roślinami, z których nota bene słynie to miejsce. Założono bowiem olbrzymi sad czereśniowy składający się z historycznych, dolnośląskich odmian, a także obsadzono olbrzymie połacie ziemi niezliczonymi odmianami liliowców. I wiem, że na okres ich kwitnienia na pewno zjawię się jeszcze w Wojsławicach.





Mogłabym się rozwodzić nad nazwami mijanych roślin (Mamutka ma prawdziwego hopla, więc wierzcie mi, że nie byłoby to niemożliwe), ale po co? Napiszę kilka słów o historii Wojsławickiego Arboretum i pozostawię miejsce na kontemplowanie zdjęć zrobionych przez Małża.



Ogród powstał na początku XIX wieku. W 1880 roku Fritz von Oheimb został właścicielem 150-hektarowego majątku w Wojsławicach, którego częścią był park dworski założony prawdopodobnie ok. 1825 roku. Park przez lata zdążył zdziczeć i wymagał radykalnych zmian. Fritz von Oheimb rozpoczął prace od powiększenia terenu ogrodu, wytyczenia krętych alejek i osi widokowych łączących park z otaczającym go krajobrazem. Rozbudował - 4 stopniową sieć stawów. Około 1900 r. wybudował istniejący do dzisiaj domek ogrodnika i urządził obok niego alpinarium. W 1910 r.założył w parku instalację wodną ułatwiającą uprawę roślin. Zaznaczyć należy, że to właśnie on jest odpowiedzialny za kształty dzisiejszego Arboretum. Stara część opiera się na roślinach w dużej mierze posadzonych ręką von Oheimba. Co ciekawe na początku XX wieku w swoim ogrodzie hodował już ponad 4000 krzewów różaneczników w około 300 odmianach oraz 50 okazów klonów palmowych. Von Oheimb był na tyle zapalonym ogrodnikiem, że ze swoim "dzieckiem" nie rozstał się nawet po śmierci, gdyż został pochowany na terenie ogrodu.Schedę przejął po nim syn Arno. Po II wojnie światowej rodzina Oheimbów musiała opuścić Wojsławice, które stały się tzw. ziemiami odzyskanymi i zostały zasiedlone Polakami. Od tego czasu ogród niestety niszczał. Sytuacja zaczęła sie zmieniać kiedy 1977 roku parkowi w Wojsławicach nadano rangę Arboretum, a kilka lat później (w 1983 r.) cały obiekt został wpisany do rejestru zabytków kultury. Jednak prawdziwy powrót do świetności Wojsławickiego Arboretum rozpoczął się w 1988 roku, kiedy to park został filią ogrodu botanicznego we Wrocławiu.








Z informacji bardzie formalnych. Jeśli ktoś korzysta z własnego transportu na pewno będzie mile zaskoczony, ponieważ obszerny parking znajdujący się tuż obok arboretum jest całkowicie bezpłatny. Jeśli chodzi o inny środek transportu to z Wrocławia do Niemczy można dojechać PKS-em, z Dzierżoniowa kursuje całkiem często autobus miejski nr 45, który również jedzie do Niemczy. A stąd można już nawet spacerkiem udać się do Wojsławic, które są położone zaledwie 2 kilometry od centrum Niemczy.




Istotną informacją jest, że arboretum jest otwarte tylko od maja do września. Zwiedzać można codziennie od 9 do 18, w maju i czerwcu, w soboty, niedziele i święta od 8 do 20.

Wstęp na teren arboretum jest płatny, ale umożliwia on chodzenie po parku w te i nazad, tak długo jak nam się żywnie podoba. Cena biletu normalnego: 10 zł, cena biletu ulgowego: 5 zł (bezpłatnie wchodzą osoby powyżej 70 roku życia i dzieci do lat ).

środa, 4 maja 2011

Czarnowna Ślęża nie na majówkę

W tym roku Ślężę zdobyłam po raz drugi w życiu. Może i trochę nudnie, bo drugi raz tą sama trasą, ale mimo to wyprawę, a raczej wyprawkę, zaliczam do udanych. Mimo kwietnie i wczesnowiosennej aury, tłumy i tak były, choć zdecydowanie mniejsze niż w okolicach długiego majowego weekendu (liczne pielgrzymki z Wrocławia, te religijne i te całkiem nie bardzo) i chyba tylko przez te tłumy podzielam nienawiść (a raczej nielubienie) Ślęży przez Floydi.

Wracając jednak do zdobywania Masywu Ślęży, postanowiliśmy przejść najpierw przez Wieżycę i zahaczyć o 15-metrową wieżę Bismarcka. Trasa o tyle nudna, że chyba najbardziej popularna. Rozpoczyna się w Sobótce, my wyruszyliśmy spod stadiony kierując się centralnie na Ślężę. Później przeszliśmy kawałeczek czerwonym szlakiem, by tuż koło kapliczki położonej już w lesie odbić w prawo na szlak znakowany wieżą i prowadzący na wspomnianą Wieżycę. Droga nie była zbyt uciążliwa, szło się przyjemnie, choć miast wiosny wokół nas unosiła się jesienna aura, a to za sprawą zalegających na ścieżkach jesiennych liści.


Wieża Bi-Smarka

Mimo popularności szlaku tłumów nie było. Do samej Wieżycy minęłiśmy kilka nielicznych grupek turystów. Na szczycie też mieliśmy szczęście, a właściwie ja miałam (u Camilosa odezwał się lęk przestrzeni), bo widoczność była przednia i z wieży widokowej ślepia me dostrzegły nawet Śnieżkę i jej karkonoską okolicę.

Po krótkim popasie ruszyliśmy na Ślężę. Najpierw żółtym, niezbyt wymagającym szlakiem, który po pewnym czasie łączy się z czerwonym i już do końca w takiej konfiguracji prowadzi na sam szczyt. Kiedy weszliśmy na szlak czerwony nie było już tak wesoło. Zrobiło się zdecydowanie bardziej stromo i tłocznie. I w sumie taka atmosfera towarzyszyła nam już do samego końca... im bliżej szczytu tym bardziej stromo i tym więcej ludzi. Zaczynam myśleć, że to pewna prawidłowość. Jedną z ciekawszych rzeczy po drodze na szczyt były rzeźby związane z kultem solarny (dzik i panna z rybą)... niestety zamknięte w klatce oraz wały wokół szczytu pochodzące prawdopodobnie z tego samego okresu. A później już tylko Ślęża.


Widoki bardziej jesienne niż wiosenne

Tu wypada wspomnieć o historii Ślęży, a raczej o jej "magicznych" właściwościach. Z początkiem epoki brązu Ślęża stała się miejscem kultu solarnego dla okolicznych plemion. Stąd rzeźby, w tym prehistoryczny symbol Ślęży - niedźwiadek, który znajduje się na szczycie. Stąd też kamienne kręgi, które wyznaczały miejsca związane z kultem, które były układane z odłamków kamieni. Podobno uznawana była nawet za siedzibę Bogów - Śląski Olimp. Jeszcze do XI w. n. e. Ślęża znana była z pogańskich praktyk religijnych - m. in. na jej szczycie odbywało się Święto Kupały (dziś niestety wyparte przez komercyjne Walentynki).


Cięgle tylko pod górę!


Starożytne Wały Kultowe


Kultowe Wały

Wracając jednak do teraźniejszości. Na szczycie tłumek, schronisko PTTK oblegane, na polanie mnóstwo ognisk, czy przenośnych grilli. Co gorsza, z niepokojem zauważyliśmy, że tłumek się zagęszcza. Długo wiec na szczycie nie zabawiliśmy. Małe drugie śniadanko i wyjście po angielsku. Wróciliśmy na czerwony szlak, którym zeszliśmy do samej Sobótki.



Wreszcie szczyt, teraz już tylko z górki!


Schronisko na Ślęży