poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Czeski film... nikt nic nie wie




A miało być tak pięknie. Słoneczna sobota i cały dzień w przygranicznym Nachodzie. Zaplanowałam wszystko, co do minuty. Przejazdy, powroty, wejścia. Jedyne czego nie sprawdziłam to porannej nyski na granicę, ot uwierzyłam internetowi i koledze. I co? I dupa! Na poranną nyskę do Golińska dojechaliśmy, ale okazało się, że nyska nie dojeżdża. Czas nam się skurczył dramatycznie. Plan był tak napięty, że pękał w szwach. Mogliśmy spróbować, albo zmieć plan, który da się zrealizować na luzie, bez nerwów i dla przyjemności. Wybraliśmy tę drugą drogę i czas oczekiwania na autobus komunikacji miejskiej, który na pewno wybierał się za granicę, spożytkowaliśmy na kawę w Macu i przeorganizowanie planu. I zamiast Nachodu, był broumovski rynek.


Autobus linii 15 przyjechał o czasie. Podróż na granice trwała około 45 minut, czyli zważywszy na kręte i wąskie drogi - nie najgorzej. Granice przekroczyliśmy w Golińsku i spacerkiem ruszyliśmy na dworzec kolejowy w Mezimesti - 2,2 kilometra w ciągu jakiś 20 minut. Pokręciliśmy się chwile po miasteczku i dworcu, o dziwo pociąg się spóźnił - a czytałam w sieci bajki, że w Czechach to tak porządnie i wszystko o czasie. Ale w końcu ruszyliśmy w tę ośmiominutową podróż mijając po drodze dwie, czy trzy wioski i browar w Broumovie, w którym już było nam dane być. 


Kilka chwil we vlaku minęło jak z bicza strzelił. I oto już wysiadaliśmy na słonecznej stacji (jak się później okazało stacji widmo pokroju Szklarskiej Poręby) w Broumovie. Z bladym pojęciem, gdzie znajduje się zabytkowy Rynek ruszyliśmy w stronę przystanku autobusowego by dalej udać się stromymi uliczkami prowadzącymi do celu. Po drodze znaleźliśmy kaszynę przy kościele św. Wacława. I już, już stare kamienice zaczęły układać się w czworokąt.  I nie kłamali w reklamie miasta i w wikipedii - broumovski Rynek zaiste pięknym jest. Koronkowe kamienice, piękna wieża maryjna - jest na co popatrzeć i co obstrykać. Z delektowaniem się widokiem już gorzej, bo miasteczko puste i zamknięte na cztery spusty. Częściej można usłyszeć język polski niż czeski. Otwartych knajpek jak na lekarstwo i to w większości ciężkie mordownie, w których nawet Opata nie leją. Żal! Ale co zrobisz, nic nie zrobisz. 

Ruszyliśmy dalej przez Rynek i dotarliśmy do sławnego Klasztoru Benedyktynów, choć przyznam, że my całkowicie o nim zapomnieliśmy. Stąd niestety wejście do tegoż i zwiedzanie, nie zostało zupełnie ujęte w czasie przeznaczonym na wycieczkę. Obfotografowałam to, co widoczne na zewnątrz i ruszyliśmy dalej w wąskimi uliczkami, kierując się na obrzeża Rynku. Doszliśmy do nowego Urzędu Miasta, Lidla i pięknej przychodni zdrowia. Odsapnęliśmy chwilę w parku za szkołą plastyczną - bo trzeba wiedzieć, że mimo wcześniejszych burz i zapowiedzi nadchodzącego ochłodzenia, żar z nieba lał się niesamowity. Doszliśmy więc do wniosku, że czas na jakieś czeskie jadło i pitło. Niestety w rynku otwarta tylko przyhotelowa kawiarnia i mała mordownia. Niżej wcale nie jest lepiej. Jesteśmy poważnie zrezygnowani. Ostatecznie walimy do Penny na zakupy - ja oczywiście zachwycona czeskimi śmierdziuchami w stylu sera ołomuńskiego, Cam wybiera piwo. Do tego bułka i tak kończy się nasze czeskie jedzenie... polana między Mezimesti i Starostinem, cień rzucany przez belę siana, pyszne czeskie bułki, ser i czosnkowe bramborki. Wszystko zapite piwkiem. W sumie - żyć nie umierać.


Ale zanim te przyziemne przyjemności jest walka ze stacją widmo w Broumovie, na której żywej duszy z obsługi. Z rozkładu tylko się domyślamy, że pociąg jedzie do Mezimesti. Plus, że Pan konduktor miły... informacje zdobyte, bilety kupione już we vlaku i w drogę powrotną.



Zmęczeni i obładowani zakupami walimy na Golińska, po drodze zaliczając wyżej wspomniany popas, a następnie raczymy się zimnym piwem w przygranicznej knajpce w Starostinie - wyjątkowo obleganej i to przez Polaków... eh gdyby nie popas to i żarcie czeskie by się zaliczyło. 


I w sumie czeski wypad wypadł trochę na zwariowanych papierach - mimo mojego wcześniejszego, skrzętnego planowania. Nic to jednak, bo było miło, czesko i przyjemnie. W sumie to chyba do powtórzenia. Jesienią (o ile nie zlikwidują 15 na tej trasie) planujemy Aderszpach i Teplice... i może być równie zwariowanie, byle tłumów brakowało.